środa, 2 marca 2022

Broken Hearts 2

 You wanna know, know it doesn’t hurt me?

Zarówno Kazumi, jak i Hiroya, wpadali do domu systematycznie, aby spędzić trochę czasu z Setsuko i sprawdzić, jak się miewa. Prezentowała się wtedy dobrze. W znacznej mierze przynajmniej. To jednak po ich wyjściu, zawsze czuła się najgorzej. Rozpadała się z chwilą, gdy drzwi zamykały się za jej dziećmi, pozostawiając ją w pustym domu. 

Nie. Nie oczekiwała, że poświęcą jej cały swój czas. To nie było ich zadanie. Oboje mieli swoje życie. Kazumi dopiero od niedawna, wciąż nieoficjalnie, spotykała się z Toshiro. Zaś Hiroya poświęcał teraz cały swój czas Ayane. Setsuko doskonale to rozumiała i zdecydowanie popierała. Chciała, aby jej dzieci były szczęśliwe, a nie martwiły się swoją matką. 

To nie zmieniało jednak faktu, że czuła się samotna. Nie miała jednak ochoty na picie z Rangiku, która kilkakrotnie próbowała ją wyciągnąć. Część ich przyjaciół wciąż znajdowała się pod opieką Czwórki. Zresztą sama Setsuko też dostała przepustkę ze szpitala, tylko pod warunkiem, że będzie się oszczędzać. 

Wiedziała, że powinna wyjść z domu, zobaczyć się z przyjaciółmi. Że to by pomogło. Że Yumichika też cierpiał. Że on i Bris być może najbardziej mogli jej teraz pomóc. Ale czy ona naprawdę chciała pomocy? Czasem wydawało jej się, że woli się pogrążyć właśnie w tym cierpieniu. Tonęła na morzu podczas sztormu i wcale nie szukała pomocy. 

Zaraz po wyjściu dzieci sięgnęła do szafki po butelkę whisky i szklankę, po czym nalała do niej trochę trunku. Wypiła go jednak duszkiem, zaraz uzupełniając brak w szklance. Powtórzyła to jeszcze kilka razy, aż wreszcie poczuła wypite procenty. Włączyła muzykę, nie przerywając picia, rozkoszowała się smutnymi balladami, czasem śpiewając do rytmu.

- “Can you hold me, can you hold me in your amrs! - prawie krzyczała, ale mogła sobie na to pozwolić. Ogrody rezydencji, jak sama rezydencja, były ogromne. Nikt nic nie słyszał. - Do you hear my crying? I’m crying? Oh… Can you hold me? Can you hold me? Can you hold me in your arms? … Take me from the dark. Put your arms around me. Let your love surround me. Can you hold me?...

W pewnym momencie, nawet nie wiedziała kiedy, po jej policzkach popłynęły łzy. Pomimo uśmiechu. Pomimo tego, że pozornie dobrze się bawiła. Zaczynała nawet tańczyć, wciąż wyjąc do muzyki. Już nie ze szklanką, lecz butelką pełną whisky w dłoni. 

Przez chwilę nie czuła się tak źle. Przez chwilę mogła się śmiać. A mimo to łzy nie przestawały płynąć. W końcu zmęczona pijackimi pląsami usiadła na kanapie i zaczęła rzewnie płakać, ukrywając twarz w dłoniach i łapiąc się za głowę, jakby to mogło ją ochronić od bólu.

Gdy przestała płakać, poczuła się strasznie zmęczona, ale też i obolała od ciągłego napinania mięśni. Z ciężkim westchnieniem odstawiła butelkę i poszła do łazienki, by napuścić wody do wanny. Gorąca, odprężająca kąpiel - tego było jej trzeba.

W czasie gdy woda leciała, Setsuko poszła wziąć coś na ból głowy, który dostała od płaczu. Wypiła kilka łyków wody, tak niby dla zdrowia, włożyła do buzi ciastko i wróciła do łazienki. Zrzuciła z siebie ubrania i weszła do wanny, rozkładając się wygodnie. Wydała z siebie ciche westchnienie i odchyliła głowę, wpatrując się w sufit.

Była pod wodą. Tonęła i nie wiedziała, jak się wydostać. Nie wiedziała, gdzie jest, ani co się stało. Brakowało jej tchu. Wokół niej była tylko woda. Zaciągnęła się wodą i już myślała, że nie wyjdzie z tego żywa. W końcu jej ręka wybiła się ponad poziom wody i zupełnie przypadkiem natrafiła na coś, czego mogła się przytrzymać. Zdołała wydostać się spod powierzchni, łapczywie łapiąc powietrze i kaszląc, wypluwała wodę. 

Siedziała w wannie. Unurana, zmarznięta i przestraszona. Musiała zasnąć - zorientowała się, patrząc na niedojedzone ciastko leżące na brzegu wanny. W końcu ostatnimi czasy nie sypiała za dobrze, tak jak i dzisiaj niezbyt fortunnie lub dla odmiany spała non stop. 

Było źle i wiedziała o tym, ale nie potrafiła znaleźć ratunku. Nie potrafiła znaleźć w sobie siły, by tego ratunku w ogóle szukać.


You want to hear about the deal I’m making?

Ktoś uparcie dobijał się do drzwi. Pukał i dzwonił dzwonkiem, przedzierając się przez nieprzyjemne sny, które dręczyły Setsuko przez większość nocy. Obudziła się z bólem głowy, spragniona jak po nocy na pustyni i bardziej zmęczona, niż zanim poszła spać.\

- Już! - wrzasnęła zniecierpliwiona. - Idę!

Narzuciła na siebie luźny sweter i założyła szybko spodnie. Włosy związała w luźną kitkę, już w drodze do drzwi, żeby ukryć, że w ogóle się nie uczesała. Właściwie, nie pamiętała, kiedy ostatni raz zrobiła cokolwiek poza okazjonalną kąpielą. O ile się w niej omal nie utopiła. 

Z groźną miną otworzyła drzwi i zobaczyła shinigami z emblematem Jedynki. Gdyby nie to, pewnie zrugałaby natręta, ale wiedziała, że takie zachowanie dotrze do Głównodowodzącego. Wszyscy w tym oddziale byli strasznie sztywni. Pieprzone skarżypyty. 

- Tak? - zapytała, unosząc brew, nie kryjąc niezadowolenia z tej wizyty. 

- Kuchiki Setsuko? - odezwał się młody mężczyzna. 

- A w czyim jesteś domu? - zapytała i jej rozmówca przez chwilę wyraźnie się strapił, jakby zastanawiał się, czy nie pomylił adresu, ale tabliczka jasno mówiła “Kuchiki”. Wtedy dopiero zrozumiał sarkazm i zmarszczył brwi. - Tak to ja - dodała z ciężkim westchnieniem. - O co chodzi? 

- Przychodzę z zaproszeniem.

- Na randkę? - prychnęła. - Co prawda zostałam ostatnio wdową, ale chyba za szybko na takie odważne manewry, co? Zresztą trochę jesteś za młody. 

- Nie. Oczywiście, że nie na randkę - naburmuszył się shinigami. 

- Mówisz, że jestem stara i brzydka? - ciągnęła Setsuko. - Przychodzisz do mnie do domu i teraz mnie obrażasz?

- Co? Nie - przeraził się. - Oczywiście jest pani bardzo piękna, tylko…

- Tylko jednak stara. A może wolisz starsze? Myślisz, że jak mi rzucisz komplement to cię wpuszczę do środka i… - oblizała wymownie usta. 

- Na Króla Dusz! - zdenerwował się mężczyzna, nie mając już wątpliwości, że kobieta zwyczajnie z nim pogrywa. - Przyniosłem wezwanie do Generała Dowódcy - powiedział krótko, nie dając jej okazji dalej ciągnąć tej gierki. 

- Och… - mruknęła Setsuko lekko rozczarowana, ale uśmiechnęła się. - Przekaż, proszę, Głównodowodzącemu, że będę za godzinę. Chyba że to pilne?\

- Nie. Tak będzie dobrze. 

Po tych słowach zniknął w shunpo, a Setsuko wewnątrz domu. Pierwsze co skierowała się do kuchni, gdzie wypiła dużą szklankę wody i wzięła coś na ból głowy. Potem wskoczyła pod prysznic, żeby się odświeżyć i poszła się ubrać. Wysuszyła włosy, poprawiła ostatnie drobiazgi i nałożyła lekki makijaż. Chyba pierwszy raz od zakończenia wojny, jakoś godnie się prezentowała, choć wciąż była ubrana na czarno. Dotychczas jednak nie czuła ku temu potrzeby. 

Wyszła z domu i choć ruszyła przez Sereitei z lekkim przestrachem, jako że długi czas unikała kontaktów z ludźmi, to jednak zdawało się, że nikt nie zwracał na nią uwagi. Wiele osób wciąż było w żałobie, więc nie wyróżniała się zbytnio. Zresztą shinigami mieli swoje własne problemy. 

Nie czuła się najlepiej w tłumie, ale anonimowość nieco łagodziła niezadowolenie. Gdy dotarła do Jedynki, poczuła dziwną nostalgię. Po budynku nie kręcił się Sasakibe, a większość shinigami wciąż była poobijana i jakaś bez życia. Papiery leżały na stertach. Było widać, że miejsce potrzebuje vice kapitana. Miała tylko nadzieję, że to nie z tego powodu została tam wezwana. Wątpiła, aby lubiła pracę w Jedynce. 

Skierowała się prosto to biura Głównodowodzącego i zapukawszy do drzwi, weszła do środka. Starzec siedział pochylony nad jakimiś papierami, ale ożywił się nieco na jej widok. Wyprostował. Odłożył dokumenty na bok, a na twarzy zawitał delikatny, niemal niezauważalny uśmiech. 

- Witaj, dziadku - powiedziała Setsuko. - Jak się miewasz?

- Dobrze. Dziękuję - padło w odpowiedzi. - Chociaż jak widzisz, chwilowo oddział pogrążony jest w chaosie. 

- Fakt. Zupełnie nie jak Jedynka. 

- Usiądź - rzekł Genryusai, wskazując krzesło. - A jak ty…

- Nie - szepnęła Setsuko, kręcąc głową. - Powiedz mi, dlaczego mnie wezwałeś. Wątpię, aby chodziło o zwykłą pogawędkę. 

- Nie. To prawda. Choć chciałem też zobaczyć, jak sobie z tym wszystkim radzisz. 

- Nie wiem, czy w ogóle sobie radzę. 

- Poczucie humoru cię jednak nie opuściło, sądząc po tym, co powiedział mi Noiro. 

- Więc miałam rację, że się poskarży - skwitowała Setsuko. - Ja tylko…

- Nie zaszkodzi mu to. Jest odrobinę sztywny, nawet jak na mój gust. Pochodzi z jednej z bocznych gałęzi rodu Kira. 

- No tak… To dużo wyjaśnia - zaśmiała się Setsuko. - Do rzeczy jednak. 

- Masz rację, że nie wezwałem cię tu bez powodu - zaczął spokojnie Genryusai, opierając się łokciami o biurko i dłonie układając w piramidkę. - Jak widzisz, oddział jest pogrążony w chaosie. Nie mam ani zastępcy, ani trzeciego oficera, a wiele oddziałów straciło kapitanów. Wspaniałych dowódców. Całe Gotei 13 potrzebuje odbudowy. Być może nie powinienem, ale ze względu na twoje zdolmności, chciałem, abyś mi nieco doradziła. Zasugerowała kilka osób. 

- Och, jak dobrze. Już się bałam, że będziesz chciał mnie wciągnąć do Jedynki. 

- Na Króla Dusz - jęknął Genryusai. - Żebyś mi podwładnych rozpiła? - mruknął, po czym spoważniał. - Rozważałem to, nie ukrywam. Dobrze wiem, że poradziłabyś sobie tutaj, ale podejrzewałem, że odmówisz. 

- Ale wiesz co? Chyba wiem, kto by się nadał. 

- Kogo masz na myśli. 

- Ayasegawa Yumichika. I zanim powiesz nie - dodała pospiesznie. - Przypominam, że przez lata ukrywał bankai. Jest bardzo silny, ale zarazem bardzo kulturalny. U boku Zarakiego i Yachiru, to długie lata on zajmował się papierami, kiedy Yachiru biegała po Seireitei. 

- Rozumiem. Pomyślę nad tym. 

- Ewentualnie, opcja numer dwa to stary weteran, który obecnie nie należy do żadnego z oddziałów. Mój ojciec. Nie jest może taki skrupulatny jak Sasakibe, ale ze względu na wiek i doświadczenie, powinien być w stanie utrzymać młodzików w ryzach. 

Genryusai pokiwał głową ze zrozumieniem. 

- Ale mój zastępca to jedynie wierzchołek góry lodowej. Oddział drugi, trzeci i… szósty potrzebują kapitanów.

- Jeśli chodzi o Dwójkę to wybór jest prosty. Hotarubi długo była porucznikiem, wcześniej latami wspierała Kazumę. Wierz mi, że jeśli jest ktoś, kto się nadaje, to właśnie ona. 

- Cóż… Podejrzewam, że w jej przypadku to akurat naturalna kolej rzeczy. 

- Gwarantuję, że się nie zawiedziesz. 

- Zostaje jeszcze oddział trzeci i szósty. - Na wspomnienie o Szóstce Setsuko spochmurniała. - Jeśli to za wcześnie… - zaczął Genryusai, ale kobieta pokręciła głową. - W takim razie chciałbym zaproponować ci, abyś to ty objęła stanowisko kapitana w jednym z tych oddziałów. 

- Ja? - zdziwiła się Setsuko. - Przecież ja nie…

- Wbrew temu, co nam wszystkim mówiłaś przez lata, wciąż posiadasz Duszę Miecza. Jesteś doświadczoną shinigami. Poprowadziłaś nas do tej bitwy, nawet jeśli nieoficjalnie - dodał z powagą. - W Trójce spędziłaś połowę życia, przez jakiś czas byłaś tam vice kapitanem. Znasz ludzi, znasz oddział. Pozwolę ci jednak wybrać. Wiem, że i w Szóstce pomagałaś nie raz przez lata, a niełatwo było przekonać kapitana Kuchikiego, aby dał sobie pomóc. I tam wszyscy cię znają, a w przeciwieństwie do Trójki, wciąż masz obydwu zastępców, którzy dadzą radę cię wesprzeć. 

- Rozumiem, że to oferta nie do odrzucenia. 

- Masz rację. 

- Przemyślę to - odparła Setsuko. - Bycie kapitanem. 

- Tylko nie myśl zbyt długo, inaczej postanowię sam. 


You (be running up that hill)

Nie wiedziała co myśleć o propozycji Głównodowodzącego. Zresztą jasno dał jej do zrozumienia, że to nawet nie była propozycja. Zaledwie dał jej wybór. I chociaż dobrze znała oddział trzeci, to jednak sentyment skłaniał ją ku oddziałowi ukochanego. 

Zastanawiała się jednak, jak odbiorą to Renji i Corrie. Czy powinna z nimi najpierw porozmawiać? Czy nie będą czuli się dziwnie z nią jako dowódcą? Corrie to jeszcze, ale czy Renji nie będzie zły, że to nie on przejął oddział? Skoro nawet ktoś taki jak Ikkaku został mianowany dowódcą? Nie, żeby Ikkaku był złym kapitanem, ale nie trudno odgadnąć, że papierologia spoczywała raczej na barkach Iby. 

Zdecydowała. Tak naprawdę zdecydowała jeszcze tam w Jedynce, choć nie chciała się do tego przyznać. Nie znaczyło to jednak, że nie miała wątpliwości. Przekazała Genryusaiowi swoją decyzję wraz z sugestią na kapitana Trzeciego oddziału. To wtedy usłyszała też, że Hotarubi również przyjęła awans i od razu znalazła sobie zastępcę, kim był nikt inny jak Yumichika.

W efekcie to jej ojciec został nowym zastępcą kapitana w oddziale pierwszym. O tym też niewiele myślała, choć każda wizyta u dziadka oznaczała spotkanie z ojcem, którego również ostatnio unikała. Unikała, bo on na siłę próbował spędzić z nią czas i doradzać jej, i mówić, jak to się z czasem pozbiera. Tak jak on się pozbierał po śmierci jej matki. A Setsuko do tego dnia wciąż zastanawiała się, jakby wyglądało jej życie i świat, gdyby Reiko wciąż żyła. 

Teraz jednak musiała skupić się na nowych obowiązkach, jako kapitan szóstki. Nikt jeszcze nie miał pojęcia, że to ona je przejęła. Renji i Corrie usłyszeli jedynie, że nowy kapitan zacznie na dniach, jednak cała sprawa owiana była tajemnicą. Genryusai najwyraźniej pozostawił jej pole do popisu, czy chce chwalić się awansem. Jednak Setsuko nie była pewna, co powinna tak naprawdę zrobić. 

Obawiała się, że nie podoła. Obawiała się konfliktu z Renjim, który i tak wkurzał ją już tym poczuciem winy, ale też wątpiła, że z takim spokojem przyjmie fakt, że to nie on przejął pałeczkę. Obawiała się tego, że będzie musiała trzymać się w ryzach i rozmawiać z podwładnymi, i z innymi ludźmi, kiedy miała ochotę zamknąć się w sypialni, zasłonić okna i już nigdy stamtąd nie wychodzić. Zarazem nie mogła pozwolić, żeby druga najważniejsza dla Byakuyi rzecz, zaraz po rodzinie, wpadła w łapska kogoś innego. 

Dlatego też tego dnia przyszła do oddziału bardzo wcześnie. A może jeszcze bardzo późno w nocy. Strażnicy dobrze ją znali, więc nikt jej nie zatrzymywał. Może uznali, że chciała zabrać rzeczy należące do męża. Nie mieli pojęcia, jak bardzo się mylili. 

Setsuko nie zamierzała nic zmieniać. Na biurku Byakuyi nie było zbyt wiele rzeczy. Jedno zdjęcie rodzinne. On, Setsuko, Kazumi i Hiroya. Szczęśliwi. Razem. I przede wszystkim wciąż żywi. 

Zaparzyła sobie herbaty w filiżance z zestawu porcelany, którą Byakuya miał w biurze odkąd tylko pamiętała. Herbata jaśminowa - jego ulubiona. Zawsze było jej w oddziale pod dostatkiem. 

Powoli wschodziło słońce, świecąc jasno. A mimo to wiśniowy ogród widoczny z okna wyglądał wyjątkowo ponuro. Odzwierciedlał bardzo dobrze, stan ducha Setsuko, która siedziała w fotelu męża, czekając na przybycie swoich podwładnych oraz przyjaciół. Podejrzewała jednak, że mogą już nie być przyjaciółmi, jeśli Setsuko na dobre zostanie w oddziale. 

Wreszcie nastał poranek. Renji i Corrie mieli się zjawić w oddziale lada chwila. Setsuko przerobiła już ze trzy filiżanki herbaty i nadszedł czas na kawę. Tyle co wróciła z powrotem za biurko ze świeżo zaparzoną kawą, której zbawiennym działaniem miało być trzymanie Setsuko w jakiś ramach przytomności. W tej samej chwili wyczuła zbliżające się reiatsu przyjaciół.

Najwyraźniej wpadli na siebie gdzieś przy bramie i razem udali się do biura. Musieli wyczuć jej obecność, bo nie wyglądali na zaskoczonych, gdy ją tam zastali. Po prawie Renji wyglądał na lekko zakłopotanego po ich ostatnim spotkaniu, ale na pewno nie na zdziwionego. 

- Yo - powiedział niepewnie. 

- Witaj, Setsuko - przywitała się Corrie, uważnie przyglądając się Setsuko, najpewniej próbując stwierdzić, w jakim kobieta jest nastroju. 

- Hej - odpowiedziała Setsuko i uśmiechnęła się blado. 

- To, co cię tu sprowadza? - zagadnął Renji, gdy zapadła niezręczna cisza. - Przyszłaś zobaczyć, kto został nowym kapitanem? Ponoć dzisiaj ma przyjść. 

Setsuko nie odpowiedziała, nieco zbita z tropu. Nie przygotowała żadnej przemowy, ani tego, jak się przedstawić, jako nowy kapitan. Nie Renjiemu i Corrie. 

- Renji - odezwała się cicho Corrien, ściągając na siebie jego uwagę. - Nie wydaję mi się, aby o to chodziło? 

- Nie? - zdziwił się autentycznie Renji. 

- Nie…

- To o co innego? - Renji nadal nie rozumiał, a może nie chciał zrozumieć. - Chciałaś z nami o czymś poro… Och. Nieee… - Popatrzył na Setsuko, szukając jakiegoś zaprzeczenia. - Nie, no teraz to sobie ze mnie jaja robisz. 

- Obawiam się, że nie - odezwała się wreszcie Setsuko. - Nie bardzo wiedziałam, jak was o tym poinformować. Zresztą do wczoraj nie wiedziałam nawet, czy zaakceptuję propozycję Głównodowodzącego. 

- Gratuluję - powiedziała Corrie. - I witam w oddziale, pani kapitan. 

Renji jednak nie dołączył do gratulacji, co wcale nie zdziwiło Setsuko. 

- Głównodowodzący zaproponował? - dopytywał. 

- Właściwie to bardziej mi oznajmił. Dał mi jedynie wybór między Trójką lub Szóstką. 

- I wybrałaś Szóstkę. Mimo tego, że pracowałaś w Trójce przez tyle lat. 

- Cóż… Tak. 

- I będziesz naszym kapitanem, tak? - ciągnął dalej Renji, wyraźnie niezadowolony, choć starał się to jeszcze maskować. - Ale że tak na dobre? Czy tylko tymczasowo. 

- Nic nie wiem o tym, aby to była tymczasowa posada - stwierdziła Setsuko. - Będziesz musiał się pogodzić z moją obecnością. 

- Nie, nie. No, przecież tylko pytam. Po prostu się nie spodziewałem. 

- Wierz mi, ja też nie - westchnęła Setsuko. - Niemniej tak wygląda sytuacja i jestem zmuszona prosić was o wsparcie w moich nowych obowiązkach. 

- Jasne. Możesz na nas liczyć - powiedział Renji, nieco się rozluźniając. 

Setsuko nie wątpiła, że przyjaciel naprawdę miał to na myśli, to jednak nie było złudzeń, że był również wkurzony i będzie potrzebował czasu, aby pogodzić się z sytuacją. Zapewne łudził się, że jak w wielu innych przypadkach, i tutaj to porucznik przejmie stanowisko kapitana. 


And if I only could

Make a deal with god

Wciąż siedziała nad dokumentami, zapoznając się szczegółami działalności oddziału. I tak przez lata sporo się nauczyła i miała dosyć dobre pojęcie na temat jego funkcjonowania. Nadal jednak było wiele rzeczy, których musiała się dowiedzieć i nauczyć. 

Oderwała się od lektury dopiero wyczuwając znajome reiatsu. W stronę budynku zmierzała Matsumoto, lecz nie sama. Biorąc pod uwagę, że towarzyszyła jej Bris, nie chodziło o nic oficjalnego. A to zwiastowało kłopoty, bo Setsuko nie miała ani czasu, ani ochoty na plotki. 

Rozległo się pukanie i obie kobiety same zaprosiły się do środka. Tymczasem Setsuko powtarzała sobie w głowie “bądź miła”, tak na wszelki wypadek. Wątpiła jednak, aby ta rozmowa poszła dobrze, skoro nie miała na nią ochoty.

- Setsuko! Moje gratulacje! - Matsumoto rzuciła się na nią z objęciami. - Wieści już się rozeszły, więc chciałyśmy jak najszybciej ci pogratulować. 

- Dziękuję - odparła sucho Setsuko. 

- Dlaczego nam nie powiedziałaś? - zapytała Bris. 

- Bo nie wiedziałam, czy się na to zgodzę. Ale nie mogłam oddać Szóstki komuś innemu. Po prostu nie mogłam. 

- Jestem pewna, że świetnie sobie poradzisz - zaświergotała Matsumoto. - Jesteś urodzonym przywódcą. 

- Masz ochotę wybrać się z nami później na jakiegoś drineczka albo coś do jedzenia, żeby uczcić awans?

- To nie jest awans - prychnęła Setsuko. - Do niedawna nawet nie byłam częścią Gotei, jeśli zapomniałyście. 

- No dobrze, ale to i tak jest awans. Wcześniej byłaś tylko porucznikiem - zauważyła Bris. 

- Super, jeśli waszym zdaniem przejęcie oddziału po zmarłym mężu to awans - syknęła Setsuko. - Wolałabym zdecydowanie, aby Byakuya wciąż tu był. Zamiast mnie - dodała gniewnie. 

- Nie gniewaj się na nas. Chciałyśmy tylko…

- Po raz kolejny spróbować zmusić mnie do wyjścia, kiedy nie mam na to ochoty - stwierdziła chłodno Setsuko. - Zresztą mam dużo pracy. 

- No dobrze, ale pamiętaj, że jeśli będziesz potrzebowała pogadać, to obie zawsze jesteśmy do dyspozycji - powiedziała Rangiku, choć już z mniejszym entuzjazmem. 

- Swoją drogą, udało mi się ostatnio namówić Yachiru, żeby wyszła z nami i jeszcze paroma osobami, które przeżywają ciężkie chwile. Babskie pogaduchy, piwko, jedzonko - zaczęła nieśmiało Bris. - Jakbyś jednak miała ochotę dołączyć… Wiesz. Każda z nas ma jakieś sposoby na radzenie sobie z tym, co się wydarzyło. Może to ci…

- Nie - warknęła Setsuko. - Nie chcę brać udziału w spotkaniu waszego kółka nieszczęśliwych wdów. Może nie zauważyłaś, ale nie mam na to czasu. 

- Ale nie musisz być dla Bris taka paskudna - zdenerwowała się Rangiku. 

- Najwyraźniej muszę, skoro żadna z was nie rozumie słowa “nie”. 

- Bris przeszła już to, co ty teraz przechodzisz. Kiedy zginął Shigeru - przypomniała jej Matsumoto. - Jej też nie było łatwo. Ale dźwignęła się i teraz próbuje pomóc tym, którzy potrzebują wsparcia. 

- Ale ja nie potrzebuję wparcia, tylko świętego spokoju. Już wystarczy, że muszę użerać się z… Nieważne. Po prostu dajcie mi, proszę, pracować. 

- Dobrze - westchnęła Matsumoto. - Jeśli zmienisz zdanie, wiesz, gdzie nas znaleźć - rzuciła na odchodne i pociągnęła Bris za sobą. 


Broken Hearts 1

 Behind Last Crossroad: Broken Hearts

(Running up that hill - Track and Field)





If I only could, I’d be running up that hill


Obwicie krwawiła z dosyć rozległej rany na plecach, którą podarował jej Aizen z przeszłości, nim jeszcze został pokonany. Była zmęczona, obolała i potłuczona. Jednak nie to miało dla niej w tej chwili znaczenie. Liczyło się jedynie odnalezienie Byakuyi, którego energii nie potrafiła zlokalizować z jakiegoś niezrozumiałego dla niej powodu.

Przyspieszyła, aż rzuciła się do biegu. Nie była w stanie już używać shunpo. Kierowała się w miejsce, w którym ostatnim razem czuła reiatsu męża.

- Byakuya? Byakuya! - krzyknęła, rozglądając się nerwowo. 

- Tutaj! - krzyknął ktoś, kogo z pewnością znała, lecz jej mózg nie był w tej chwili w stanie tego zarejestrować. 

Zobaczyła Byakuyę leżącego na ziemi w kałuży krwi i zamarła. Kilka sekund, które zdawały się być latami, stała, wpatrując się w ciało męża. Potem nawet nie wiedziała sama, kiedy podeszła bliżej i rzuciła się na kolana. 

- Byakuya - powiedziała, potrząsając nim lekko, próbując go obudzić. - Byakuya nie wygłupiaj się.

- Przykro mi - powiedział ktoś, kładąc dłoń na jej ramieniu. - Ostrze przeszyło go na wylot. Widziałem to na własne oczy i sam nie mogę w to uwierzyć… 

Setsuko popatrzyła na ogromną ranę, a właściwie dziurę tam, gdzie kiedyś znajdowało się serce i pokręciła głową. 

- Nie - wyszeptała. - Nie. Nie. Nie… - powtarzała coraz głośniej i coraz bardziej płaczliwie. - Nie! Nie możesz mi tego zrobić, rozumiesz? Nie możesz mnie zostawić samej - oznajmiła, obejmując ciało męża. - Byakuya… Nie zostawiaj mnie. Proszę… - powtarzała w kółko. Po jej policzkach popłynęły łzy, kapiąc jedna za drugą na białą, pozbawioną życia twarz Byakuyi. Setsuko pogłaskała go po policzku, a potem po włosach. Ucałowała w czoło i wyszeptała: - Dlaczego? Dlaczego to musiałeś być ty?

Zaciskała dłonie na postrzępionym kosode Byakuyi, krzycząc. Jednak jej przepełniony bólem krzyk został zagłuszony przez wiwaty setek shinigami. 

- Wygraliśmy!

Setsuko podniosła się, otępiałym wzrokiem patrząc na zmęczonych, lecz rozradowanych shinigami, który krzyczeli wniebogłosy, tryumfując. Wszystko jednak wydawało się, jakby za grubym szkłem. Stłamszone, zagłuszone i odległe. Zupełnie do niej nie docierało.

Aizen z teraźniejszości właśnie został pokonany razem z ostatnimi członkami klanu Noah. Shinigami wygrali. Jednak Setsuko nie czuła się, jakby tak było. Przegrała wszystko, co było dla niej najważniejsze. W tej jednej chwili czuła się tak daleka od radości. Tak obojętna na to, co działo się wokół.

Jakim prawem oni wszyscy cieszyli się, kiedy ona sama straciła największą miłość swojego życia. Swoją drugą połowę. Kogoś, kto pokazał jej, że może być wszystkim tym, czym nigdy nie podejrzewała, że będzie. Kto dał jej więcej, niż kiedykolwiek mogła mieć.

Gdyby mogła, zniszczyłaby wszystko wokół. Jednak nie miała już siły. Nieważne jak bardzo starała się wzniecić płomienie Moeru, nie udawało jej się. Choć jedyne, czego pragnęła w tej chwili to uciszyć okrzyki radości.

Nagle znalazła się w duchowym świecie. Ziemia była bardziej wysuszona niż zwykle, a lawa tryskała, wylewając się z ognistych rzek i niszcząc wszelkie pozostałości życia, jakie się tam znajdowały. Nawet kwiaty, które niegdyś zasadził tam Shigeru. Niebo było czarne, a prażące słońce przybrało krwisty odcień czerwieni. Poza tym panowała kompletna, martwa cisza. 

Moeru Yona pojawiła się przed nią zupełnie bez słowa i wzięła swoją shinigami w ramiona, obejmując tak mocno, że Setsuko omal się nie dusiła. Jednak nie przeszkadzało jej to, bo nie rozpadła się jeszcze chyba tylko dlatego, że ktoś właśnie tak mocno ją trzymał. Inaczej zdawało się, że mogłaby się rozsypać w dobry mak i popaść w nieistnienie. Bo i tak właśnie się czuła. Nie chciała już istnieć. Nie chciała czuć nic, jeśli to mogło sprawić, że nie będzie też czuła tego straszliwego bólu, którego nic nie umiało uśmierzyć. 



If I only could, I’d be running up that hill

Obudziła się w białej pościeli w białym pokoju. W tle słyszała rytmiczne pikanie aparatury, która monitorowała jej funkcje życiowe. Musiała stracić przytomność w momencie, gdy trafiła do swojego duchowego świata lub krótko po tym. 

Wspomnienia powoli zaczynały do niej powracać, a jednak wszystko wydawało się jakieś odległe i nieprawdziwe. Bitwa, Aizen i… Do jej oczu napłynęły łzy, a jednak wciąż łudziła się, że ktoś zaprzeczy temu wszystkiemu. Że Byakuya jak zawsze pojawi się za chwilę, aby sprawdzić, czy dobrze się czuje, a potem ochrzani ją za lekkomyślność. Wciąż się łudziła…

Za drzwiami usłyszała jakieś kroki, a potem głosy. Dwa kobiece głosy, może trzy. Spierały się o coś. W końcu ktoś nacisnął na klamkę i do środka weszła z poważną miną Unohana. Popatrzyła na załzawioną Setsuko i westchnęła. Zanim jednak zdążyła cokolwiek powiedzieć, Setsuko otarła łzy i zapytała:

- Co? Nikt inny nie miał odwagi tu przyjść?

Unohana zmarszczyła brwi, jednak nie odpowiedziała na zaczepkę. Tym bardziej że Setsuko nie myliła się w tej kwestii. Zarówno Isana jak i Yuzu panikowały na samą myśl zmierzenia się z Setsuko.

- Nie zapytam, jak się czujesz - stwierdziła. - Muszę jednak sprawdzić, w jakim jesteś stanie. 

- Stabilnym. Przytomna. Nie mam halucynacji. Wszystko mnie boli, ale nie jest to nic, czego już nie przeżyłam.

- Nie chodzi tylko o twój stan fizyczny. 

- A jak mam się czuć? - zapytała Setsuko, rzucając Unohanie pogardliwe spojrzenie, jakby się nią brzydziła. Wciąż łudziła się, że ktoś powie jej, że to wszystko to był tylko sen, choć wiedziała, że tak nie będzie. - Chcę wrócić do domu. 

- Dobrze wiesz, że nie mogę tego zrobić. Jednak jeśli dobrze pójdzie, za kilka dni będziesz mogła wyjść, jeśli wszystko będzie się dobrze goić. 

Setsuko odwróciła głowę. 

- Powiedz mi, że to tylko zły sen - wyszeptała. 

Unohana podeszła bliżej łóżka i Setsuko popatrzyła na nią niepewnie. Unohana zaś ze stoickim spokojem usiadła obok niej na łóżku i pochyliła się nad nią, aż ich czoła się stykały. 

- Mogę ci jedynie powiedzieć, że z czasem będzie lepiej. Z czasem to będzie łatwiejsze. - Po tych słowach odsunęła się, ale pogładziła Setsuko po głowie. - Jest mi naprawdę przykro, Setsuko. Wierz mi, że chciałabym ci pomóc, ale złamane serce to coś, czego medycyna wciąż wyleczyć nie potrafi. Leczy je jednak czas i miłość. Zarówno ta ze strony rodziny, jak i przyjaciół. A skoro już o tym mowa, twoje dzieci pytały się o ciebie. 

- Nic im nie jest?

- Są w zdecydowanie lepszym stanie fizycznym, choć równie zdruzgotani. Dlatego doradzam, abyście spędzili razem czas. Jeśli jednak nie czujesz się na to gotowa, mogę im powiedzieć, że jeszcze się nie obudziłaś. 

Setsuko pokręciła głową.

- Nie. Nie chcę ich martwić bardziej, niż trzeba - stwierdziła Setsuko. - Poczuję się lepiej, wiedząc, że nic im nie jest.

- Niech i tak będzie - zgodziła się Unohana. - Przekażę im. 



It doesn’t hurt me

Gdy rozległo się pukanie do drzwi, wiedziała, kto przyszedł. Popatrzyła z czułością na Kazumi i Hiroyę, którzy, choć nie wyglądali najgorzej, to jednak pokryci byli bandażami i opatrunkami. Hiroya na dodatek prawą rękę miał zawieszoną na temblaku. Oboje wyglądali na zmęczonych i przygnębionych.

Setsuko wyciągnęła do nich ręce, dając im do zrozumienia, żeby przyszli do niej, po czym przytuliła ich mocno. Nie była sama. Już nie. Miała dwójkę wspaniałych dzieci, świetnych przyjaciół i niesamowite wspomnienia, które już na zawsze pozostaną w jej sercu

- Myśleliśmy już, że się nie obudzisz - stwierdziła Kazumi, rozklejając się kompletnie. - Byłaś w bardzo ciężkim stanie. - Setsuko zmarszczyła brwi, zaskoczona tą informacją. - Pozostawałaś w śpiączce prawie tydzień, mimo że kapitan Unohana mówiła, że twoje rany nie powinny były do tego doprowadzić. 

- To pewnie było zmęczenie - odparła Setsuko. - Nic mi nie jest. Za kilka dni będę mogła wyjść ze szpitala. 

- Za kilka dni? - strapił się Hiroya. - Ale ceremonia jest już jutro. 

- Ceremonia? - zdziwiła się Setsuko. 

- No… - Hiroya zawahał się. - Ceremonia upamiętniająca poległych - wyjaśnił cicho. - I tak nie zrobili jej od razu, żeby dać wszystkim czas się zregenerować. 

- Oczywiście, że pójdę - zadeklarowała z powagą Setsuko. 

- Musisz odpoczywać. Nie możemy ciebie też… - zaczęła Kazumi, ale urwała. 

Cały ten czas niewiele się odzywała. Czuła się winna śmierci ojca. Gdyby nie dała się zmanipulować Tarace i nie uwolniła Aizena, to wszystko by się nie wydarzyło. 

- Nie stracicie mnie - odparła Setsuko, choć wiele ją to kosztowało, aby zachować spokój. Mówiła bardzo powoli, oddychając głęboko, próbując za wszelką cenę powstrzymać łzy. - Musimy się teraz trzymać razem, ale poradzimy sobie.


You want to feel how it feels?

Unohana wyraźnie zabroniła jej jeszcze wychodzić, ale chyba nie rozumiała, że Setsuko musiała pożegnać męża i być przy dzieciach. Toteż nie było innej opcji i Setsuko musiała się wymknąć. Zarzuciła na ramiona szlafrok, podeszła do okna i otworzywszy je, wyskoczyła na zewnątrz.

Udało jej się nawet użyć shunpo, aby dostać się do domu w miarę niepostrzeżenie. W szafie znalazła czarne kimono. Ubrała je tylko raz w życiu, na śmierć jakiegoś krewnego z rodu Kuchiki. Nigdy nie sądziła, że… 

Zagryzła wargę, próbując powstrzymać łzy. Powoli rozebrała się, starając się nie otworzyć na nowo ran. Krzywiąc się z bólu, powoli, bardzo powoli, zdołała ubrać kimono i zawiązać je, choć po spojrzeniu w lustro, zrobiła to trochę krzywo. Niestety jej pole ruchu było mocno ograniczone. 

Przeczesała tylko włosy, choć z trudem trzymała ręce w górze. Z makijażu kompletnie zrezygnowała, choć pewnie zatuszowałby częściowo zmęczenie i ból. Z drugiej strony rozmazany łzami makijaż sprawia  jeszcze gorsze wrażenie. A Setsuko i tak zamierzała raczej pozostać gdzieś na uboczu. 

Przyjaciele nie spodziewali się jej zobaczyć, więc może zdoła uniknąć niekomfortowych rozmów jeszcze przez jakiś czas. Maskowała nawet swoje i tak jeszcze słabe reiatsu. 

Na placu, gdzie odbywała się ceremonia, stała daleko na uboczu. Większość rodzin poległych znajdowała się z przodu, ale Setsuko nie miała ochoty paradować przed wszystkimi. Nie chciała, żeby widzieli ją słabą. 

Zresztą, chyba najbardziej obawiała się usłyszeć jego imię na liście poległych. Wciąż nie potrafiła uwierzyć, że Byakuya odszedł. Raz po raz zapominała się, chcąc do niego zadzwonić albo zajrzeć do biura. Wciąż wydawało jej się, że za chwilę gdzieś go zobaczy. I co rusz wydawało jej się, że słyszy jego głos. 

- Setsuko? - usłyszała znajomy głos i popatrzyła na stojącą nieopodal Rukię. 

Ona również była sama. Oczy miała czerwone od płaczu i zapuchnięte. Ubrana w czarne kimono, podobne do tego, które miała Setsuko. Zapewne kupione według standardów rodu Kuchiki. 

- Nigdy nie sądziłam… Że… - głos ugrzązł jej w gardle. - Mój brat…

- Wiem, Rukia. Wiem - powiedziała cicho Setsuko, sama wciąż próbując powstrzymać łzy, które teraz ciekły po policzkach przyjaciółki. 

Setsuko wzięła Rukię w ramiona. Odsunęła się od niej jednak, wyczuwając znajome reiatsu i koło nich pojawił się Renji. Popatrzył na zapłakaną małżonkę, a potem na Setsuko i spuścił wzrok. Stał tak w milczeniu i zakłopotaniu, nie wiedząc, co zrobić lub powiedzieć. Zresztą wątpił, aby było na świecie cokolwiek, co mogłoby pocieszyć Setsuko w obecnej sytuacji. 

Ona zaś dostrzegając to, wypuściła Rukię z objęć i skierowała ją w stronę Renjiego, który szybko przejął opiekę nad nią. 

- Powinienem był… - zaczął, ale Setsuko syknęła:

- Nie kończ.

Nawet na niego nie spojrzała. Shunpnęła gdzieś w dal i dopiero, gdy uznała, że w pobliżu nie ma nikogo znajomego, przystanęła, opierając się bokiem o jedną z ostatnich sosen rosnących na skraju lasu otaczającego plac ceremonialny. 

Była na tyle blisko, aby dobrze widzieć i słyszeć Genryusaia, zarazem będąc gdzieś na uboczu i nie zwracając na siebie zbytniej uwagi. Litość to ostatnie, czego potrzebowała. Wystarczy, że Renji ją już wkurzył. 

W milczeniu słuchała kolejnych imion wyczytywanych z długiej listy poległej. Przy jednym z imion zamarła, słysząc szloch Yachiru, która gdzieś nieopodal stała wtulona w górującego nad głowami Zarakiego. Ona również straciła kogoś ważnego w trakcie tej wojny, choć jeszcze przed ostateczną bitwą. 

Zginął także Kazuma, chroniąc Yumichikę przed śmiercionośnym atakiem. Setsuko zorientowała się, że nie widziała przyjaciela od bitwy, a przecież on również nosił w sercu żałobę. 

W końcu usłyszała imię, na które czekała, a raczej, którego obawiała się najbardziej. 

- Kuchiki Byakuya - padło.

Wciąż się łudziła, że to jakaś pomyłka, i jego nie będzie na ten przeklętej liście. Po jej policzkach popłynęły łzy. Setsuko zacisnęła pięści i zagryzła wargę, próbując powstrzymać krzyk.

Z cudem przetrwała do końca. Na szczęście pośród wszystkich płaczów i ubolewań, nikt nie zwrócił uwagi na szlochającą gdzieś na uboczu kobietę, która wytrwale doczekała końca ceremonii i obserwowała, jak ludzie powoli się rozchodzą, aż w końcu zostają już tylko nieliczni, a potem już nawet oni wracają do domów zmęczeni płaczem.

Ruszyła wolnym, chwiejnym krokiem pomiędzy setkami, jeśli nie tysiącami malutkich nagrobków, w stronę tych nieco większych, kapitańskich. Odnalazła wśród nich ten z wyrytym Kuchiki Byakuya i przyklęknęła, łkając. Ukryła twarz w dłoniach, pozwalając sobie na płacz tak długo, aż nie miała już czym płakać. 

Rozbolała ją głowa, a nos miała zatkany do tego stopnia, że nie mogła go nawet wydmuchać, tylko przecierała co chwilę. Teraz czuła to bardziej niż kiedykolwiek. Ten chłód, który owiewał jej całe ciało na myśl o tym, że została sama. Czuła, jakby ktoś siłą wyrwał z niej kawałek duszy. Może serce. 

Już nigdy nie zobaczy Byakuyi. Już nigdy go nie przytuli, nie ucałuje i nie powie, jak bardzo go kocha. I on też już nigdy jej tego nie powie. Już nigdy nie ochrzani jej za to, że zrobiła coś głupiego. Umarł z dala od niej i nawet nie zdążyła się pożegnać. Dotarła tam zbyt późno, by po raz ostatni powiedzieć mu “kocham cię”. Spóźniła się. Jak zawsze…

- Jak mogłeś mi to zrobić? - zapytała ochrypniętym głosem. - Jak mogłeś mnie zostawić. Tak bardzo cię za to nienawidzę. Kocham cię, Byakuya - dodała. - I zawsze będę. 

Siedziała tam jeszcze przez długi czas, słuchając ciszy. W okolicy zdawało się być tak strasznie martwo. Nie śpiewały ptaki, nie szumiały drzewa. Nie było nic, a morze nagrobków ciągnęło się jeszcze daleko poza zasięgiem jej wzroku. 

W końcu ściemniło się kompletnie i teraz Setsuko już nie tylko nic nie słyszała, ale nawet nie widziała. Z trudem wstała z ziemi i omal nie upadła z powrotem. Jej nogi kompletnie zdrętwiały od siedzenia i z trudem była w stanie się na nich utrzymać. 

Chwilę trwało, nim krążenie wróciło, a ona mogła się wyprostować. Wtedy zaś poczuła przeszywający ból i chwyciła się za bok. Poczuła pod rękami coś mokrego i zaklęła. W tym wszystkim musiała otworzyć sobie rany, lecz nawet tego nie zauważyła pogrążona w bólu i cierpieniu.

Z trudem dotarła z powrotem do Czwórki do części szpitalnej. Nawet nie kwapiła się gramolić z powrotem przez okno. Weszła głównym wejściem, uznawszy, że Unohana na pewno wiedziała już o jej zniknięciu. Opierając się o ściany przeczłapała się przez korytarz aż do swojego pokoju. A przynajmniej tak jej się zdawało, bo gdy weszła, ku swojemu zaskoczeniu, zastała tam właśnie kapitan Czwórki. 

- Pomyliłam pokoje? - strapiła się Setsuko. 

- Nie, nie pomyliłaś - padło w odpowiedzi a Unohana spojrzała mimowolnie w stronę zamkniętego już okna. - Czekałam na ciebie. 

- Dlaczego? Nie było gwarancji, że wrócę. Równie dobrze mogłam była pójść do domu. 

- Ale wróciłaś, co oznacza, że najpewniej rana się otworzyła. 

Setsuko odwróciła wzrok, zdejmując rękę, którą dotychczas usilnie przyciskała do boku. 

- Może - mruknęła. 

- Usiądź - powiedziała Unohana, wskazując łóżko, na którym miała już rozłożone kilka rzeczy. 

- Wiedziałaś, że tak się to skończy - westchnęła Setsuko. 

- Jestem tu kapitanem nie od dzisiaj - stwierdziła z przekąsem Unohana. - Zresztą nie trzeba geniusza, żeby odgadnąć, co zrobisz. Nawet ja muszę przyznać, że byliście godną podziwu parą i nigdy nie sądziłam, że tak się to skończy. Nie spodziewałam się dożyć dnia, gdy Kuchiki Byakuya polegnie. 

- Sypiesz sól na rany za karę, że uciekłam? - prychnęła Setsuko, siadając na łóżku i rozsuwając kimono, aby Unohana mogła opatrzeć rany.

- Nie. Przepraszam cię, Setsuko. Nie to miałam na celu - wyjaśniła kobieta, ostrożnie czyszcząc ranę. - Pewnie myślisz, że nie mam pojęcia, co przeżywasz. Że nikt nie ma pojęcia.

- Przecież wiem, że nie tylko ja kogoś straciłam. Wielu moich przyjaciół straciło kogoś bliskiego. Rodszeństwo, rodziców, małżonków, a nawet dzieci. Wiem, że nie jestem jedyna. 

- To właśnie próbuję ci powiedzieć - westchnęła Unohana. - Nie jesteś sama, więc nie odcinaj się od rodziny i przyjaciół, a wręcz przeciwnie. Zjednocz się z nimi, wspieraj ich i pozwól, aby oni wspierali ciebie. 

- Dobrze - mruknęła Setsuko, wywracając oczami. 

Nie rozumiała, dlaczego na to wszystko Unohana prawi jej morały.

- Nie pozwól, aby gniew i cierpienie cię pochłonęły. Nie pozwól, aby zapanowała nad tobą ciemność - powiedziała kobieta i Setsuko dobitnie poczuła te słowa. Chyba nikt nie ujął tego lepiej, niż Unohana. Setsuko czuła, jakby otaczała ją ciemność, zakradała się do niej i chwila nieuwagi mogła ją wiele kosztować, jeśli da się temu pochłonąć. Unohana widząc to, kontynuowała: - Doskonale wiem, o czym mówię, Setsuko. Ja również kogoś straciłam, choć było to już bardzo dawno temu, jeszcze zanim zostałam shinigami. Nigdy jednak nie zapomnę tej pustki, którą czułam. Jedni tą pustkę wypełniają miłością i przyjaźnią. Ja wypełniłam ją ciemnością, która skradała się do mnie od śmierci Atsushiego. - Setsuko popatrzyła na Unohanę zaciekawiona. - Zdobyłam twoje zainteresowanie? - zapytała z uśmiechem Unohana. 

- Tak. Mów, proszę, dalej. 

- Gdy pierwsi shinigami otrzymali swoje moce od Króla Dusz, byłam jeszcze bardzo młoda. Mieszkałam w niewielkiej wiosce na krańcu tego, co dziś nazywamy Rukongai. Wierz mi, że nawet gdy uformowało się Gotei, nie od razu ktokolwiek zawitał do naszej okolicy. Shinigami od zawsze dbali tylko o stolicę i najbliższe tereny i zresztą to aż tak się przez wieki wcale nie zmieniło. 

- Fakt. Zawsze zaniedbywaliśmy ten świat i Rukongai - przytaknęła Setsuko.

- Właśnie. Nawet gdy shinigami byli lepiej zorganizowani, rzadko zapuszczali się w tak odległe tereny, więc mieszkańcy dalszych dystryktów Rukongai i tak zdani byli głównie na siebie. Jeśli chcieliśmy przeżyć, sami musieliśmy umieć się obronić przez Pustymi i Youkai. 

- Youka? Przecież one żyły tylko w świecie ludzi. A Puści zaczęli się pojawiać dopiero później, przez co dopuszcza się teorię, że jest to jakiś kolejny stopień ewolucji. 

- Mylisz się. - Unohana zaśmiała się smutno. - To są rzeczy, których być może nie wie nawet Głównodowodzący. Jednak Berith, o której słyszałaś, nie była jedynym youkai, który przedarł się do Soul Society. To, co ją odróżniało to fakt, że była pierwszym, który zdołał dostać się do Seireitei, nie wspominając o pałacu Króla Dusz. Większość youkai nie docierała tak daleko. Po prawdzie, głównie tylko te silniejsze dawały radę w ogóle otworzyć przejście, ewentualnie zabierając słabsze ze sobą do pomocy, to jednak nasz świat mocno je osłabiał. Być może zniszczyły kilka wiosek, ale gdzieś zawsze znalazł się ktoś, kto był w stanie je pokonać.

- To niemożliwe. 

- Zaś Puści najprawdopodobniej są wynikiem działań youkai. Zjedzeni przez youkai ludzie zostawali Pustymi, jako że ich dusze zostały skażone. Z czasem ewolucji, gdy youkai już zniknęły, oczywiście Puści dalej się pojawiali. Snuć można wiele teorii. Nigdy tak naprawdę nie dowiedzieliśmy się, co stało się z pozostałymi youkai. Być może wcieliły się gdzieś w świat ludzi, miały dzieci. Jeśli tak, to bardzo możliwe, że większość ludzi na tym etapie miałaby z nimi coś wspólnego, co pozwalałoby im w odpowiednich okolicznościach zmienić się w Pustych. A może było to coś innego. 

- Ta wiedza mogłaby tak wiele zmienić. 

- Nieprawda. Są rzeczy, których już się nie dowiemy. Natomiast to, co ci powiedziałam, nie zmienia nic. Pustych nadal należy wyeliminować, jako że nie znaleźliśmy sposobu, aby odwrócić proces. Jednak nie to próbuję ci powiedzieć. Te informacje, to jedynie tło dla tego, co się wydarzyło. 

- No tak. Racja…

- Ze względu na takie warunki życia, wiele dzieci już od wczesnych lat uczyło się posługiwać mieczem, lub jakąkolwiek inną bronią. Tak samo było w moim przypadku i przypadku Atsushiego. 

- Kim był Atsushi?

- Moim narzeczonym. Oboje należeliśmy do grupy, która chroniła naszą wioskę, a czasem pomagała także tym znajdującym się w pobliżu. Jestem pewna, że słyszałaś o mojej mrocznej przeszłości, zanim zostałam shinigami. 

- Tak, słyszałam - Setsuko skinęła głową. 

- Nie jestem z tego dumna. Jednak tak właśnie się to skończyło, ponieważ dałam się pochłonąć ciemności i chęci zemsty. Atsushi był silny, ale szczerze mówiąc, ja byłam od niego silniejsza. Razem dorastaliśmy, razem walczyliśmy, aż w końcu i zakochaliśmy się w sobie. Obiecaliśmy sobie spędzić razem resztę życia. Jednak Atsushi zginął. Niecałe dwa lata po naszych zaręczynach. 

- Zabił go youkai?

- Nie. Zabił go shinigami. 

- Dlaczego?

- Jak wspominałam, wówczas nieczęsto zdarzało się, aby shinigami zapuszczali się w nasze regiony, żeby pokonać youkai. Cóż… Tamtego dnia akurat się pojawili, lecz jak się okazało, nie byli potrzebni, bo nauczyliśmy się sobie radzić. Nie pomogli nam w pokonaniu youkai, zamiast tego zaczęli zabijać także nas. Uznali, że przygotowujemy się do rebelii i w końcu zaatakujemy stolicę. 

- Przecież to absurd. Próbowaliście się tylko bronić. 

- Właśnie. Jednak oni tak tego nie postrzegali. A może to była tylko wymówka, aby pozbyć się konkurencji. Nie wiem - Unohana wzruszyła ramionami. - Udało im się zabić prawie wszystkich z naszej grupy. Wszystkich poza mną. Zrozpaczona rzuciłam się na nich. Zemściłam się, wyrzynając ich, co do jednego. Jednak cierpienie nie ustało, a pustka nie zniknęła. Zamiast tego zaczęła wypełniać się ciemnością. Jednak ja nie miałam nikogo, kto mógłby to powstrzymać. Kto mógłby MNIE powstrzymać. Moi rodzice zginęli dawno temu z rąk youkai, a mój ukochany, jedyna bliska mi osoba została zabita przez shinigami. Wtedy coś we mnie pękło. Straciłam zainteresowanie normalnym życiem, skoro i tak nie było już dla mnie przyszłości. Błąkałam się po Rukongai, zabijając napotkanych shinigami, a z czasem każdego, kto wszedł mi w drogę. Kilka osób się do mnie przyłączyło, myśląc, że coś razem zbudujemy, lecz gdy okazało się, że zależy mi tylko na zniszczeniu i oni się ode mnie odwrócili. Próbowali mnie zabić, aby ustalić, kto będzie kolejnym “dowódcą”, lecz nie mieli ze mną szans. Trwałam w tym mroku aż do dnia, gdy spotkałam Zarakiego. Pierwszą osobę, która zdołała mnie pokonać. Resztę historii już znasz. Zaraki mnie uratował i wciąż myślę o nim trochę, jak o synu. Chociaż nie należy do najbystrzejszych - dodała z lekkim uśmiechem. 

- Ło… Nigdy nie sądziłam, że kryjesz takie tajemnice - przyznała Setsuko. - Dziękuję, że podzieliłaś się ze mną tą historią. I dziękuję za to - powiedziała, kładąc dłoń na nowym opatrunku. 

- Jeśli mam być szczera, podzieliłam się z tobą tą historią z bardzo egoistycznych pobudek. 

- Ach tak?

- Zrobiłam to, ponieważ wiem, co czujesz. Znam tę ciemność, która cię w obecnej chwili otacza i obawiam się dnia, w którym się w niej pogrążysz. Bowiem, spośród wszystkich przeciwników, z jakimi przyszło zmierzyć się Gotei 13, ty masz szansę być najgorsza. 

- Myślisz? - Setsuko odchyliła głowę, patrząc w biały sufit. 

- Biorąc pod uwagę twoją przeszłość, zdolności, twoje powiązania z Aizenem. Jesteś równie charyzmatyczna co on, a może nawet bardziej. Równie inteligenta i niebezpieczna. Myślę, że byłabyś dużo gorsza, ponieważ wiem, jak okrutna potrafi być pogrążona w gniewie i rozpaczy kobieta.